Spotkanie z Afganistanem
Specjalna relacja z Daniela Kubasa, Prezesa Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych na Misjach poza Granicami Kraju
Od dłuższego czasu chciałem polecieć do Afganistanu. Chciałem na miejscu spotkać się z żołnierzami, wysłuchać ich opinii w sprawie opieki nad rannymi kolegami. Opieki zarówno w teatrze działań wojennych, jak i w kraju. Ale również ciągnęła mnie tam jakaś wielka siła, której nie mogłem się oprzeć. Pomimo tego, że moja służba w Iraku o mały włos nie skończyła się dla mnie w metalowej trumnie.
Ktoś mógłby pomyśleć że to nienormalne. Pewnie tak, ale wiele bym oddał, żeby znaleźć się w Afganistanie. I oto lecę. 26 września z Powidza. Na niedługo, bo na zaledwie dwa tygodnie, ale dobre i to. Niestety już nie na bojowo, lecz w innym charakterze. Mam odbyć serię spotkań z żołnierzami oraz przekazać na zaopatrzenie szpitala polowego w Ghazni torby na rzeczy osobiste. Torby te dla rannych żołnierzy zakupiło Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju. Do szpitala polowego w Ghazini najczęściej trafiają ranni bezpośrednio z pola walki. Dlatego nie mogą mieć przy sobie środków higieny ani rzeczy osobistych. Z kolei nie mają gdzie zapakować rzeczy, które dostają w szpitalu, więc często albo koledzy zrzucają się dla nich jakiś plecak, albo te rzeczy pakowane są w worki na śmieci.
Czas z tym skończyć! Sam byłem w takiej sytuacji i wiem, jakie to podłe uczucie, gdy dostaje się swoje rzeczy zapakowane w czarne worki na śmieci. Po prostu rozpacz. Kupiliśmy porządne torby, z naszym logiem oraz danymi kontaktowymi. Zapas na cały rok - 200 sztuk. Część zostanie to, w Ghazini, a pozostałe trafią do szpitala w Landstuhl.
Jak w „9 kompanii”
Dwudziestego szóstego września zjawiam się na lotnisku w Powidzu. Mamy lecieć C-130 Herkules. Polskim Herkulesem, jednym z czterech, które dostaliśmy od Amerykanów. Dość wiekowe, z tego co wiem to są mniej więcej moimi rówieśnikami. Po załatwieniu wszystkich formalności ładujemy się na pokład samolotu. Chwilę przedtem dowiadujemy się, że lecimy bezpośrednio do Bagram. 10 godzin lotu. 10 godzin siedzenia na brezentowych ławkach. 10 godzin praktycznie bez toalety. 10 godzin huku silników. 10 godzin wstrząsów w metalowej puszce… Ale lecimy. Po około 10 godzinach lądujemy w BAF, jak określa się bazę w Bagram. Widok prawie jak w scenie rodem z „9 kompanii” (rosyjski dramat wojenny o wojnie w Afganistanie – red.). Tylko sprzętu dużo więcej. Przeróżnego. Samoloty transportowe, myśliwce F-16 i F-18, śmigłowce od Blachowków po Apache. I wiele innych, których nazw nie znam. Non stop starty albo lądowania. Huk i zapach lotniczego paliwa. Byłem nieraz na lotnisku w Bagdadzie, ale tutaj jest tego więcej. W ogóle, myślę, że człowiek z wiekiem się zmienia. Gdy byłem w Iraku, największe wrażenie robiła na mnie potęga amerykańskiej armii, tutaj natomiast - świadomość jak wielkie pieniądze są pakowane w misję w Afganistanie. Niepojęte kwoty. Każdy lot myśliwca to kilka tysięcy dolarów, tu idą miliardy.
Ale czasu na refleksje jest mało, bo zaraz pakujemy się na stara. Oczywiście na „pakę”, jak za dawnych dobrych czasów. Przyjeżdżamy do polskiej komórki zajmującej się lotami. Zbiórka, krótki instruktaż. Najważniejsze: na sygnał „incoming”- biegiem do schronu. Na pytanie jak brzmi ten sygnał, krótka odpowiedź: na pewno się zorientujecie. Nagle słyszę: „Daniel? No, Daniel!” No niech ktoś mi powie, że świat nie jest mały! Spotkałem kapitan Andrzeja G., starego znajomego z Kazunia z brygady saperów. Opiekował się Pawłem Staniaszkiem, ciężko rannym w Afganistanie. Był jego opiekunem praktycznie od powrotu Pawła do Polski do jego śmierci w tym roku. Przywitaliśmy się serdecznie. Ucieszyłem się, że mam w końcu z kim pogadać. Pobrałem kamizelkę, hełm, pakiet medyczny i ulokowałem się w kampie (obozie – red.), który mi Andrzej wskazał. Rzuciłem tylko graty i od razu wybrałem się na kawę do starego znajomego. Szkoda tylko, że gość był tak zapracowany, bo mieliśmy ledwie 15 minut czasu na rozmowę, a przydałoby się kilka godzin. Ale cóż, służba. Najważniejsze jest że jutro rano lecę do Ghazni. Na razie jedziemy na DIFAC kanapkowy zjeść jakieś śniadanie. Po nim wracam na pieszo, żeby obejrzeć bazę. Byłem na misji w Iraku, więc dla mnie szoku nie ma, ale ktoś kto by przyleciał tu pierwszy raz byłby „zdziwiony życiem”.
Od świata oddziela mnie kawałek płyty kuloodpornej
Rano lecimy polską Casą do Kabulu a stamtąd do Sharany. Pakujemy się do samolotu i start. Tylko nie taki zwykły. Nabieranie wysokości pod ostrym kątem i jednocześnie niezły wiraż. Serducho bije szybko! Po 15 minutach lądujemy w Kabulu. Na pokład mamy zabrać panią konsul i ekipę miejscowych dygnitarzy. Oczywiście czekamy. I czekamy. Wreszcie są. Jeden z miejscowych - istny twardziel. Laptopik na kolanach, po trzeciej prośbie zapiął pasy. Prawdziwy macho w ciemnych okularach. Ale jak poszliśmy ostro do góry ze zwrotem na skrzydło, to mina mu zrzedła. Gość do lądowania siedział jak trusia a laptopik, jak wylądował na podłodze, tak leżał. Cwaniaczek z bańką w nosie… Nasi piloci szybko go wyprostowali. Oczywiście nie specjalnie, bo tam loty wyglądają całkiem inaczej niż w kraju. Wiadomo, loty bojowe. Oczywiście, wszyscy na pokładzie w kamizelkach i hełmach.
Po godzinie lądujemy w Sharanie. Tam kręcą się już nasze śmigła, więc biegiem się pakujemy. Normalnie jak w Wietnamie. Mi-17 startuje, a ja siedzę na końcu. Drzwi tylnie zdemontowane. Od świata oddziela mnie kawałek płyty kuloodpornej z jakiegoś tworzywa. Przed oczami widok na wszystko pod nami i belkę ogonową ze śmigłem. Leciałem wcześniej śmigłowcem, ale to coś innego. Za naszym Śmiglakiem - eskortujący Mi-24. Pod nami, słynne kalaty, czyli miejscowe chaty z gliny ogrodzone murkiem z tegoż samego materiału. Trochę poletek, a poza tym wszechobecna pustynia. Widok niepospolity. Wrażenia z lotu: jeśli chodzi o widoki - super, jeśli chodzi o wszystko inne - szok! Śmigłowiec wygląda na produkowany w czasach wczesnego Gierka, może późnego Gomułki. No, ale leci.
Po około 20 minutach lądujemy w Ghazni.
Tam czeka na mnie samochód i starszy chorąży S., który ma mnie mieć pod „opieką”.
Jedziemy do obozu, w którym będę zakwaterowany, potem lunch. Kawa w sztabie i zwiedzanie bazy. Jest dość duża. Po południu spotkanie z żołnierzami z Grupy Wsparcia Ogniowego i Grupy Zabezpieczenia Medycznego. Ważne dla mnie jest, jak to wszystko wygląda z perspektywy tych, którzy walczą tam daleko, ale również z perspektywy ich oczekiwań. Ważna dla mnie jest opinia ludzi, którzy mają świeże spojrzenie na te zagadnienia i to prosto z pola walki.
Spotkanie zaczyna się dość sztywno. Nagadali chłopakom, że przyjechał prezes od związku rannych, więc pomyśleli, że oto przyjechał kolejny gość z warszawki żeby potruć im nie wiadomo o czym. A tu zdziwienie. Zawsze staram się rozmawiać z żołnierzami po żołniersku. Zresztą, jestem jednym z nich więc nie mam z tym problemu. Jak trzeba to przeklnę, zażartuję. Więc lody pękają. I zaczyna się porządna rozmowa, twarda, bo żołnierska. Przekazuję im mnóstwo swoich spostrzeżeń, wylewają żale. Widać, że zeszło z nich powietrze. Taki wentyl na misji to świetna rzecz. Następnego dnia „hero ceremony”. Zginęło trzech amerykańskich żołnierzy w Kandaharze. Ich ciała będą w bazie rano. Polecą dalej do Bagram. Rano zbiórka żołnierzy Polskich i Amerykańskich. Kilka słów od dowódców. Najważniejsze jednak wspomnienia kolegów, przez łzy. Śmigłowce odlatują wystrzeliwując flary. Podniosła chwila. W głowie tli się pytanie: po co?
W środku nocy budzi mnie przeraźliwy huk. Oni do nas, czy my do nich?
Na kolejnym spotkaniu umawiam się na przekazanie toreb. Na drugi dzień rano mam lecieć do bazy Warrior, więc zrobię to po powrocie do Ghazni. Wieczorem spotkanie z dowódcą Polskich Sił Zadaniowych gen. bryg. Wojciechowskim, którego znam z kraju. Potem idę do jego adiutantów na kawkę i internet. Przychodzę do ich kampu. Siedzimy, rozmawiamy, i nagle z megafonów donośny pulsujący sygnał. To słynne incoming, czyli ostrzał. Andrzej miał rację, każdy pozna ten sygnał. Wypadamy do schronów. Całe szczęście to jakiś fałszywy alarm. Wracam do swojego kampu spać. W środku nocy budzi mnie przeraźliwy huk. Oni do nas, czy my do nich? Nagle drugi huk. Jest dobrze: my do nich. Leżę na łóżku, zbierając myśl, zaspany. Nagle powtórka z rozrywki: incoming. Wypadam do schronu, po drodze łapię latarkę i bluzę od polaru, bo zimno. W schronie jakiś gość w gatkach i w hełmie. Spojrzeliśmy po sobie i wybuchliśmy śmiechem. Rano lecę do bazy Warrior. Lecimy BlackRingiem, czyli w tym przypadku amerykańskim Chinukiem. Lot gorszy od naszych Mi-17. Lądujemy, krótkie spotkanie na kawie u dowódcy zgrupowania bojowego Bravo. Zwiedzamy bazę, kilka zdjęć i po południu spotkania. Jedno po drugim.
Następnego dnia to samo. Wieczorem dostajemy zaproszenie od chłopaków z plutonu rozpoznawczego na grilla. Na maszynce gazowej i drugiej elektrycznej robią kolację i zupę. Jedzenie dużo lepsze niż na DIFAC-u, a chleb afgański- pycha! Załatwili nawet szampana. Oczywiście bezalkoholowego, który smakuje jak piccolo, ale jest ok. Chcieli mnie zabrać na patrol, ale mój „opiekun” nie pozwolił. Mam do niego żal, choć wiem, że miał rację. Przynajmniej trochę, bo i tak bym pojechał. Rano seria następnych spotkań. Po pół roku służby widać u żołnierzy napięcie i trochę frustracji. Nie dziwię się. Nie szanuje się u nas doświadczenia bojowego żołnierzy, a oni wiele przeszli. Widzieli wojnę nie z boku, tylko byli jej aktywnymi uczestnikami. Widzieli śmierć kolegów. A nawet najlepszy film nie pokazuje tego tak, jak to wygląda. Ręczę za to. Byli ostrzeliwani, wysadzani, więc widać w nich napięcie. Jak widzi się kolegę, a raczej to, co z niego zostaje po wybuchu bomby pułapki, to wszystko w życiu się zmienia. Rozmowy z nimi dają wiele do myślenia, a ich oczekiwania wbrew pozorom są nie wielkie. I tak naprawdę, przy odrobinie dobrej woli, całkowicie do spełnienia. Kładę się spać z mętlikiem w głowie. W nocy: incoming. Usłyszałem wybuch. Kiedy dobiegłem do schronu, odpowiedziały nasze Dany. Rano dowiedziałem się, że ostrzelali nas rakietą 107 mm, ale spadła na stary fort, bez strat. Uff! Po trzech dniach wracamy do Ghazni, przez Bazy: Arianę i Grio. Ariana to ostatnio ulubiony cel Talibów, walą do niej jak do tarczy. Jest tam ciężko. W Giro nie lepiej. Po przylocie do Ghazni okazuję się, że następnego dnia wracam do Bagram.
Dowiaduję się, że zginął sierż. Nowakowski. I znowu niespodzianka. Spotykam swojego dowódcę kompanii z Iraku. Teraz już majora. Oczom nie wierzymy! Dziś już jesteśmy kolegami, bardzo cenię Mariusza. Kiedy leci On dalej do Ghazni, żegnamy się krótko, po żołniersku. Uścisk dłoni, i to spojrzenie, które mówi jedno: dasz radę chłopie, wracaj cały!
Po dwóch dnach oczekiwania, wracam przez Gruzję do kraju. Zostajemy na noc w Tbilisi. Idę w mundurze pustynnym do knajpki obok hotelu na zimne piwo. Ledwo wszedłem, zaczepia mnie jakiś facet i zaprasza do stołu. Okazuje się, że trafiłem na żołnierzy gruzińskich, którzy za miesiąc jadą do Afganistanu. Będą służyć z naszą X zmianą. Powodzenia chłopaki!
Daniel Kubas
---------
Od Redkacji
DANIEL KUBAS
O mundurze marzył od dziecka. Na początku trafił w 1997 roku do Centrum Szkolenia Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie. Później do 3 Pułku Przeciwlotniczego w Szczecinie, gdzie służył na stanowisku operatora przeciwlotniczego rakietowego wozu bojowego. Posypały się wyróżnienia – najpierw został wybrany żołnierzem roku pułku. Gdy zdecydował się na pozostanie w służbie nadterminowej, rozpoczął pierwsze strzelania bojowe. Brał w nich udział także w następnych latach. Po ośmiu latach służby w styczniu 2004 roku jako starszy szeregowy wyjechał z II zmianą polskiego kontyngentu do Iraku. „Prawdziwy żołnierz musi się sprawdzić także na polu bitwy, a nie tylko na poligonie”, mówił. Miesiąc później jechał w konwoju trasą Bagdad–Babilon. Jako celowniczy siedział w honkerze, jak zwykle do połowy wychylony przez otwór w dachu. Nie pamięta wypadku. Samochód wypadł z drogi, uderzył w barierę między pasami ruchu, koziołkował. Ocknął się w szpitalu w Bagdadzie po trzech dniach. Miał obrażenia mózgu, złamaną czaszkę i uszkodzony kręgosłup. Kilka miesięcy spędził w różnych szpitalach i na rehabilitacjach. W maju 2004 roku został zwolniony ze służby ze względu na stan zdrowia. Wypadek sprawił, że jego życie zmieniło się radykalnie. W 2007 roku z grupą kolegów, rannych i poszkodowanych tak jak on, spotkał się z ministrem obrony i dowódcą Wojsk Lądowych. W grupie raźniej, więc postanowili powołać Stowarzyszenie Rannych i Poszkodowanych w Misjach poza Granicami Kraju. Daniel Kubas został jego prezesem. W 2009 roku stowarzyszenie dostało status organizacji pożytku publicznego. Dziś skupia 75 członków i pomaga ludziom, którzy podobnie jak on zostali sami po powrocie z zagranicznych misji.
Opr.: J.B.
| « poprzednia | następna » |
|---|

